Książki

Na tej stronie będę sukcesywnie dodawała opisy książek przydatnych dla osób zainteresowanych językiem i kulturą suahili. Nie tylko takich do nauki. Pojawi się też beletrystyka i literatura faktu związana z Kenią i Tanzanią. 

Podręczniki


Zapomnijcie o książkach do nauki suahili po polsku, coś takiego w przyrodzie nie występuje. Żeby uczyć się suahili, dobrze by było już znać angielski. To w tym języku powstały najlepsze podręczniki, które chciałabym wam dziś pokazać. 

Colloquial Swahili 
Donovan McGrath i Lutz Marten


To mój faworyt. Książka świetnie nadaje się tak do prowadzenia lekcji, jak i do samodzielnej nauki. Lubię ją za bardzo rozsądny rozkład tematów i stopniowe wprowadzanie nowych zagadnień. Każda z czternastu lekcji składa się z trzech dialogów lub tekstów wraz z ich angielskimi tłumaczeniami oraz listą nowych słówek. Do tego mamy omówienie nowych zagadnień gramatycznych i leksykalnych oraz nieco ćwiczeń. Do książki dołączone są dwie płyty CD z nagraniami dialogów i ćwiczeniami wymowy. Podręcznik zawiera materiał na poziomie A1 i A2. Cała seria Colloquial jest moim zdaniem warta uwagi. Znalazły się w niej podręczniki m.in. włoskiego, czeskiego, bułgarskiego, wietnamskiego, afrikaans, islandzkiego, hindi, tamilskiego, norweskiego, hiszpańskiego Ameryki Południowej czy gudżarati. 


Swahili for Starters
Joan Maw


Pani Maw musi być interesującą osobą. Cenię jej poczucie humoru, które daje o sobie znać w dialogach, jednak do jej podręcznika wkradł się chaos. Joan Maw w dość niestandardowy sposób wprowadza nowy materiał. Zaczyna od rzeczy relatywnie trudnych, żeby w połowie książki przypomnieć sobie o niektórych podstawowych. Pewne rozdziały są przeładowane gramatyką, inne nie zawierają jej wcale. Największym plusem tej książki jest to, że autorce udało się w trzydziestu pięciu lekcjach zmieścić całą suahilijską gramatykę. Po przerobieniu podręcznika pozostaje tylko douczać się słówek. Znajdziemy tu też sporo informacji o kulturze i zasadach dobrego wychowania. Niestety do podręcznika nie dołączono żadnych materiałów do słuchania. 


Complete Swahili
Joan Russell


Podręcznik do samodzielnej nauki, którego niestety nigdy nie miałam w rękach, ale wiem, że wiele osób go sobie chwali. 
W komplecie są dwie płyty CD. 














Książki po polsku
Tak, istnieją dwie pozycje. Niestety niewielki z nich pożytek, jeśli się nie studiuje afrykanistyki. 

Język suahili
R. Ohly, I. Kraska-Szlenk, Z. Podobińska


Książka jest akademickim szkicem gramatyki opisowej języka suahili. Możecie dzięki niej zgłębić tajemnice suahilijskiej fonetyki, morfologii i składni, ale raczej nie nauczyć się języka. Słowem - tylko dla filologów. 










Kiswahili kwa furaha. Podręcznik języka suahili
E. Zubkova-Bertoncini, M. Toscano

To polska wersja włoskiego podręcznika. Pomimo zachęcającego tytułu nadaje się tylko do nauki w klasie. Wersja oryginalna składa się z dwóch części: obszernej gramatyki i zbioru tekstów do nauki języka. Niestety na polski przełożono tylko tę druga część. Plusem jest niska cena i teksty na poziomie wyższym niż podstawowy. 

Materiały w internecie

Na poziomie początkującym przydatne mogą okazać się dwa kursy dostępne za darmo w internecie. Pierwszym jest Teach Yourself Swahili, drugi to kurs przygotowany przez University of Kansas. Znalazły się w nich najważniejsze formy gramatyczne oraz podstawowe słownictwo i zwroty, przeważnie w formie poręcznych tabelek. Niestety brakuje przykładów użycia w naturalnych dialogach, niewiele też znajdziemy tu wyjaśnień, jak i kiedy używać danych form. 

Gramatyki


Dobrych gramatyk języka suahili akurat nie brakuje. Wystarczy wspomnieć dwie klasyczne pozycje: Swahili Grammar E. O. Ashton czy Swahili language handbook Edgara Polomé. Ja najbardziej lubię Modern Swahili Grammar M. A. Mohammeda. Autor tłumaczy kwestie gramatyczne w prosty sposób i podaje wiele przykładów, a struktura książki jest na tyle przemyślana, żebyśmy nie mieli problemów z odnalezieniem interesującej nas formy. 






Słowniki

Tu wreszcie mogę polecić jakąś polską pozycję! Słownik suahili-polski pod redakcją Beaty Wójtowicz. Haseł jest dość dużo, a przy każdym rzeczowniku znajdziemy informację, jak wygląda jego liczba mnoga oraz do której klasy należy. Słownik ma też swoją bezpłatną wersję internetową: kamusi.pl. Słowników suahilijsko-angielskich jest na rynku sporo. Ja korzystam z Swahili Practical Dictionary wydawnictwa Hippocrene Books i sobie go chwalę. Warty polecenia jest też internetowy słownik africanlanguages.com/swahili


Reportaże


Dom żółwia. Zanzibar


Książkę Małgorzaty Szejnert "Dom żółwia. Zanzibar" trudno zamknąć w gatunkowych ramach. Jest po trosze historyczna, po trosze reporterska, ale wplecenie w warstwę faktograficzną takich elementów jak lokalne podania i legendy oraz dar opowiadania autorki sprawiają, że czytanie tej pozycji przypomina bardziej słuchanie przy ognisku opowieści o dalekich krajach. Na ponad trzystu stronach Szejnert nakreśla obraz wyspy, na której od wieków Wschód spotykał się z Zachodem, a Azja łączyła z Afryką.


Opowieść zaczyna się pod koniec XIX wieku, kiedy Zanzibar nie jest jeszcze częścią Tanzanii i formalnie wciąż włada nim sułtan. Wyspa słynie z targów niewolników, handlu kością słoniową i jest światowym potentatem w eksporcie goździków. Zadomowiła się już tam na dobre brytyjska administracja kolonialna i chociaż Zanzibar w większości jest muzułmański, prężnie działa misja anglikańska. Kluczem do każdej z opowieści są domy. Dom konsula Kirka opowiada o kolonializmie i pierwszych próbach zakazania handlu niewolnikami, Dom Cudów o upadku ostatniego sułtana i ucieczce zbuntowanej księżniczki Salme do Niemiec, dom Livingstone'a o życiu tego słynnego podróżnika, który był jednak lepszym naukowcem niż misjonarzem, w całym swoim życiu ochrzcił bowiem tylko jedną osobę. Uczynienie z budynków podstawy opowieści nie dziwi, Zanzibar słynie w końcu ze swojej unikalnej architektury. Szejnert opisuje je zresztą z detalami, przez co lektura "Domu żółwia" naprawdę przypomina egzotyczną podróż. Sam Zanzibar też przecież jest domem i to nie tylko dla żółwi zielonych, które potrafią dożyć prawie dwustu lat. Wyspa była już przystanią dla sułtańskich haremów, uwolnionych byłych niewolników, a wreszcie rewolucji komunistycznej. Teraz we władanie wziął ją przemysł turystyczny, a luksusowej hotele wyrastają wzdłuż jej brzegów jak grzyby po deszczu. Trzeba pochwalić mrówczą pracę autorki przy przeglądaniu dokumentacji, docieraniu do źródeł i próbie jak najpełniejszego odtworzenia historii Zanzibaru. Szejnert nie trzyma się tu jednak kurczowo faktów i chętnie przekazuje nam też opowieści świadków, nie stroniąc od podań i wierzeń. Jeśli mogłabym coś książce zarzucić to wrażenie, że te opowieści często dostajemy z drugiej ręki. Szejnert najlepiej czuje się chyba w towarzystwie mieszkających na Zanzibarze Europejczyków, chętnie korzystając z ich pomocy i pośrednictwa. Nie dowiemy się z tej książki niczego, czego nie mógłby się dowiedzieć dociekliwy turysta, spędzający na Zanzibarze wakacje. Napisanie "Domu żółwia" nie wymagało wyprawy w jakiś niedostępny rejon świata, ani wejścia w lokalne środowisko. Historię życia takich postaci jak Henry Morton Stanley czy David Livingstone znajdziemy w sieci w kilka sekund, każdy może też wybrać się na Zanzibar i porozmawiać z mieszkającymi tam na stałe Polakami (o ile oczywiście pozwolą mu na to zasoby finansowe, loty do tej części świata nie są bowiem tanie). Tym, co może nas skłonić do wybrania właśnie tego tytułu, jest raczej dar opowiadania Małgorzaty Szejnert, który pozwala poczuć się, jakbyśmy sami postawili stopę na zanzibarskiej plaży.

"Dom żółwia. Zanzibar" jest trochę jak poobiednia sjesta. Akcja toczy się tu leniwie, ale podczas czytania robi się jakoś tak błogo i przyjemnie. Gdybym miała oceniać tę książkę jedynie za treść, pewnie nie znalazła by się zbyt wysoko wśród innych pozycji o Afryce. "Dom żółwia" ma jednak pewnie urok, który można by porównać do uczucia towarzyszącego przeglądaniu starych zdjęć i listów. Przez co czytanie sprawia po prostu przyjemność.

Memoirs of an Arabian Princess form Zanzibar


Ta książka to dowód, że najciekawsze historie pisze życie. Emily Ruete urodziła się w 1844 roku jako księżniczka Zanzibaru i Omanu. Dzieciństwo spędziła na bajkowym dworze sułtana. Jednak jako młoda dziewczyna zakochała się w pewnym niemieckim kupcu. Związek nie miał przyszłości na Zanzibarze, para uciekła więc do Europy. Sayyida Salme (bo tak się wtedy nazywała Emily) porzuciła dla miłości całe swoje bogactwo i wszystkie przywileje. Zamieszkała z mężem w Hamburgu, ale ich szczęście nie trwało długo. Pan Ruete zginął tragicznie pod tramwajem konnym. Dla Emily nie było już powrotu na Zanzibar. Zamieszkała z dziećmi na Bliskim Wschodzie. W 1888 roku wydała swoje wspomnienia, które były wielokrotnie wznawiane, niestety nigdy nie ukazały się po polsku. Więcej o księżniczce Salme przeczytacie tutaj.



Beletrystyka


Chmury i łzy



Głos Jamesa Ngugiego był jednym z pierwszych w literaturze skierowanych przeciwko brytyjskiej polityce kolonialnej w Afryce Wschodniej. Kenijski pisarz zadebiutował jeszcze w czasie studiów. Jego pierwsza powieść Chmury i łzy ukazała się w 1964 roku. Z czasem, wraz z poglądami politycznymi, zradykalizowało się też podejście Ngugiego do literatury. Przestał pisać po angielsku, a zaczął tworzyć w ojczystym języku kikuju. Teraz jego utworów należy szukać pod nazwiskiem Ngũgĩ wa Thiong'o. 

Chmury i łzy to niezbyt długa opowieść o chłopcu, który bardzo chciał chodzić do szkoły, ale przeszkodziła mu polityka. Tym razem w postaci powstania Mau Mau. Marzenie Njorogego ma się spełnić, rodzice zdecydowali, że będzie pierwszym w rodzinie, który otrzyma wykształcenie, żeby później pomóc pozostałym. Matka za ostatnie pieniądze kupuje mu mundurek i chłopiec wyrusza do szkoły. Tam szybko zaprzyjaźnia się z Mwihaki, córką bogatego Jacoby, na którego ziemi mieszka rodzina Njorogego. Wkrótce na horyzoncie pojawiają się pierwsze chmury. Czarni robotnicy planują strajk. Ojciec chłopca decyduje się do niego dołączyć, nie chce bowiem, żeby synowie uważali go za tchórza. Strajk rozpędza policja, a rodzina bohatera zostaje bez środków do życia. To jednak dopiero początek problemów. Zaangażowanie braci Njorogego w działalność ruchu Mau Mau ściągnie na rodzinę kolejne nieszczęścia. Mało tego, odmienne podejście do powstania poróżni rodziny Njorogego i Mwihaki. 

Ngugi miał świetny pomysł na fabułę. Sposób narracji też obmyślił całkiem nieźle. Narrator przyjmuje punkt widzenia bohatera i opisuje rzeczywistość w nieco naiwny sposób. Jak chłopiec z ubogiej rodziny próbuje wyjaśnić rzeczywistość, choć historie biblijne często mieszają mu się z opowieściami starszego brata o Jomo Kenyatcie. Nieco gorzej wypada wykonanie. Coś zgrzyta już w postaci samego głównego bohatera. Jest po prostu zbyt idealny. Chłopiec w tym wieku nie może być tak posłuszny i prawomyślny. Nawet święci czasem myślą o sobie! Njoroge nigdy. To papierowa postać, z którą ciężko się utożsamić. Nie za dobrze jest też z dialogami. Nie miałam przed oczami oryginalnego teksu, ale myślę, że sporo może być w tym winy tłumaczki Zofii Kierszys. Bohaterowie wypowiadają się w nienaturalny sposób. A na pewno nie językiem, którego oczekiwalibyśmy od niepiśmiennych rolników. Literacki debiut Ngugiego to trochę zmarnowany potencjał. Wypada niekorzystnie zwłaszcza zaraz po lekturze powieści jego rodaka Mejy Mwangiego. Ulicy Rzecznej nie można było zarzucić baku realizmu, a jej bohaterom - braku charakteru.

W Polsce ukazała się też inna powieść Jamesa Ngugiego Ziarno pszeniczne

Ulica rzeczna


Ulica Rzeczna nie jest przyjemnym miejscem. Wszędzie walają się śmieci, śmierdzi moczem, a w okolicy kręci się mnóstwo podejrzanych typów. Zaraz obok leniwie toczy się rzeka Nairobi, która w lecie pachnie jeszcze gorzej niż przydomowe latryny. W tej nieprzyjemnej okolicy Meja Mwangi umieścił akcję swojej powieści Ulica Rzeczna. Jedynej z jego dorobku, która ukazała się w Polsce. Bohaterowie Mwangiego to prości ludzie, którzy codziennie muszą walczyć o przetrwanie. Łapią dorywcze prace, a smutki topią w butelkach taniej karary. Pewnie nawet nie zastanawiają się nad przyczynami swojego nieszczęścia. Może tylko czasem, kiedy już za dużo wypiją, ponarzekają trochę na skorumpowanych polityków czy "przeklętych Hindusów". 

Głównym bohaterem Ulicy Rzecznej jest Ben, który razem ze swoim przyjacielem Ochollą pracuje przy budowie gmachu Ministerstwa Rozwoju. To dość tajemnicza postać. Jedyne, czego się dowiadujemy o jego przeszłości, to że kiedyś został wyrzucony z wojska. Na pewno jest też lepiej wykształcony i więcej w życiu widział niż pozostali robotnicy. Rozumie, dlaczego nikt mieszkający w jego okolicy nigdy nie dostanie się do parlamentu i że nie ma sensu tego tłumaczyć kolegom z pracy. Od jakiegoś czasu Ben mieszka ze swoją dziewczyną Wini, byłą prostytutką, i jej kilkuletnim synem Małym. Zajmują niewielki, obskurny pokój w kamienicy należącej do pewnego Hindusa. Kiedyś mógł to być całkiem okazały budynek. Teraz jednak został podzielony na takie właśnie pokoiki do wynajęcia, których mieszkańcy słyszą przez cienkie ściany wszystkie odgłosy, jakie wydają z siebie sąsiedzi. Jest też jedna wspólna umywalnia, nigdy nie grzesząca czystością. Prawdziwy raj dla karaluchów. Czy w takim miejscu człowieka w ogóle może spotkać coś dobrego? 

Mwangi nie szczędzi czytelnikowi szczegółów, czasem wręcz epatuje naturalizmem. Razem z Benem i Ochollą odwiedzamy te wszystkie spelunki i tanie domy publiczne, które wcale nie wydają się miejscami rozpusty, a raczej siedliskami rozpaczy. Gdyby jednak książka miała ograniczyć się do opisu patologii w Nairobi czy nawet krytyki młodej kenijskiej demokracji, do której budowania zabrano się ewidentnie w zły sposób, nie miałaby takiej wartości. Autor udowadnia, że nawet w tak niesprzyjających warunkach mogą rodzić się prawdziwe uczucia. Jak szczera przyjaźń Bena i Ocholli czy ojcowska miłość, którą bohater obdarzy obcego chłopca, syna prostytutki. 


Kindżeketile
dramat historyczny w 4 aktach

Tłumaczenia dokonał w 1975 roku dr Eugeniusz Rzewuski, a tekst ukazał się w numerze 3 miesięcznika Związku Literatów Polskich "Dialog". 
Każdy kraj ma jakiś sztandarowy utwór literacki, coś jak nasz Pan Tadeusz. Jeśli coś takiego miałabym wskazać w literaturze suahili, pewnie padłoby właśnie na debiutancki dramat Ebrahima Husseina Kinjeketile. Tytuł to imię postaci historycznej Kinjeketile Ngwale, duchowego przywódcy, który stanął na czele powstania Maji Maji (czyt. Madżi Madżi). W 1904 roku Kinjeketile miał otrzymać od ducha Hongo przesłanie nakazujące walkę z niemieckim kolonizatorem. Hongo miał też mu przekazać świętą wodę (woda to w suahili właśnie maji), która chroni przed kulami nieprzyjaciela. Nietrudno się domyślić, że woda nie zadziałała, a powstanie zakończyło się klęską. Kinjeketile w powieści Husseina nie jest jednak jakimś hochsztaplerem, a rozumnym przywódcą, który sam momentami wątpi w prawdziwość otrzymanego przesłania. Rzecz naprawdę przyjemna i nadająca się do przeczytania również w oryginale. To w końcu prawie same dialogi, powinien sobie z nimi poradzić uczeń na poziomie B1-B2.


Ryż z brody

Przekład opowiadania Gabriela Ruchumbiki Wali wa ndevu autorstwa dr Iwony Kraski-Szlenk ukazał się w numerze 11/10 miesięcznika społeczno-literackiego "Okolice" w 1990 roku. Tekst ukazuje w krzywym zwierciadle politykę rządzącej w Tanganice partii TANU i opowiada o pewnej partyjnej delegacji na wyspę Pemba. W tym samym numerze znalazły się też tłumaczenia trzech wierszy tanzańskiego pisarza Euphrasego Kezilahabiego.


Nagona

Ten przekład powstał w ramach pracy magisterskiej, za co szczerze autorkę Annę Billian-Rynarzewską podziwiam, bo nie należy do najłatwiejszych. Ukazał się w numerze 01-02 miesięcznika "Literatura na świecie" w 1999 roku. Nagona uchodzi za najtrudniejszą powieść Euphrasego Kezilahabiego i na pewno daleko jej do realizmu czy liniowej narracji. W dużym uproszczeniu utwór opowiada o podróży nieznanego czytelnikowi mężczyzny przez bliżej nieokreśloną przestrzeń, w której spotyka różne dość oryginalne postacie, w tym znanych filozofów czy psychologów, a na końcu z tego wszystkiego rodzi się dziewczynka o imieniu Nagona. Rzecz dla odważnych.

Opracowania naukowe


Nipe kalamu

Nowiutki, bo wydany w 2015 roku, i dość wyczerpujący zbiór artykułów naukowych na temat literatury suahili do przełomu XIX i XX wieku. W skład tomu weszły następujące teksty:
- Iwona Kraska-Szlenk "Zarys historii literatury suahili do początku XX wieku"
- Izabela Romańczuk "Tradycyjna twórczość literacka kobiet suahili"
- Kithaka wa Mberia "Al-Inkishafi: XIX-wieczny poemat"
- Michał Głowacki, Iwona Kraska-Szlenk "Poezja miłosna w tradycji Fumo Liongo"
- Maria Piwowarska "Trickster w opowieściach ludowych suahili"
- Marek Pawełczuk "Zobaczcie zatem jacy byli zanim ulegli zepsuciu. Habari za Wakilindi - kronika historyczna i wspomnienia z państwa Kilindich".




The World of the Swahili: An African Marcantile Civilization


Chyba najlepszy antropologiczny opis kultury suahili, który nigdy po polsku nie wyszedł i raczej nie wyjdzie. Jeśli jednak szukacie informacji na temat tradycyjnej organizacji miast-państw suahili, zwyczajach, życiu rodzinnym i społecznym, a nawet jak wyglądały i z czego były zbudowane tradycyjne domy, znajdziecie je właśnie w tej publikacji. Pracę Johna Middletona można wygrzebać w kilku uniwersyteckich bibliotekach w Polsce.




Azania zamani

Książka Eugeniusza Rzewuskiego to rzecz już nieco wiekowa, niedługo będzie obchodzić czterdzieste urodziny. Jest też trochę świadectwem zanikającego świata. Zebrano w niej mity, legendy i tradycje różnych ludów wschodniego wybrzeża Afryki (Azania to dawna nazwa tego rejonu). Pozycja interesująca szczególne dla tych, którzy po prostu lubią sobie poczytać o mitologiach i religiach (albo akurat piszą o tym pracę naukową).








Kenia


Książka Marka Pawełczaka to rzetelnie opracowana i nieźle napisana historia najnowsza Kenii. Z noty wydawcy: "Autor omawia zarówno uwarunkowania geograficzne, etniczne, językowe, ekonomiczno-społeczne i historyczne ewolucji Kenii, jak również skomplikowane zjawiska dekolonizacyjne, początki niepodległości, rządy przywódców oraz aktualną kenijską rzeczywistość".

3 komentarze:

  1. "Colloquial Swahili" ...i już żona wie, co mi kupi pod choinkę :) Dzięki za bloga, mam w końcu punkt zaczepienia do nauki.

    OdpowiedzUsuń
  2. A co polecisz z literatury akademickiej?
    Zastanawiam się nad kupnem "Wstępu do afrykanistyki" i "Języków afrykańskich", ale nie wiem, czy warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy, jakich konkretnie informacji szukasz. "Wstęp..." to takie wprowadzenie, w którym jest wszystkiego po trochu. Zaczyna się od historii badań afrykanistycznych wraz z najważniejszymi nazwiskami, potem jest o afrykańskich rodzinach językowych i ich cechach, rodzimych alfabetach, polityce językowej i na koniec trochę o literaturze. Więcej miejsca i osobne rozdziały poświęcono językom czadyjskim i z grupy bantu. Na tej książce bazuje przedmiot o takiej samej nazwie dla pierwszego roku, którego celem jest uświadomienie studentom, czego będą się uczyć przez najbliższe lata. Z kolei "Języki afrykańskie" to pozycja czysto językoznawcza, cała książka właśnie o tych specyficznych cechach, które wyróżniają rodzime języki afrykańskie na tle innych. Informacje podzielone w taki klasyczny sposób, najpierw fonetyka, potem morfologia, składnia itp. Coś jakby gramatyka opisowa, tyle że ogólnie języków afrykańskich, a nie jednego konkretnego.

      Usuń