piątek, 30 grudnia 2016

Forma kierunkowa


Pisałam Wam już o stronie biernej i formie statywnej, ale tak naprawdę wśród form pochodnych czasownika w suahili najczęściej używa się formy kierunkowej, która wprowadza znaczenie robienia czegoś dla kogoś. Z punktu widzenia użytkownika języka polskiego już samo jej istnienie wydaje się bez sensu. Po polsku, czy to gotujemy po prostu, czy gotujemy dla kogoś, użyjemy tego samego czasownika. Po co kombinować?  

W suahili jest jednak tak, że większość czasowników w formie prostej nie wymaga, a nawet nie pozwala na użycie dopełnienia. Kiedy więc chcemy dodać informację, dla kogo została wykonana dana czynność (czyli po prostu dodać dopełnienie), najczęściej trzeba użyć właśnie formy kierunkowej. Jedynym podstawowym czasownikiem, który z założenia wymaga dopełnienia, jest kupa, czyli dawać. Z dopełnieniem można też użyć czasowników kuuliza (pytać) i kuomba (prosić). Poza tymi wyjątkami forma kierunkowa jest konieczna w zasadzie zawsze, kiedy chcemy powiedzieć, dla kogo coś zostało zrobione. Czyli:

Mkulima analima shamba. - Rolnik uprawia pole
ale:
Mkulima anamlimia Ali shamba. - Rolnik uprawia Alemu pole. 

Jak tworzymy formę kierunkową?
- sufiksu -i- używamy w czasownikach zakończonych na spółgłoskę, które w temacie czasownika mają samogłoski i, a lub u. Np. kufika - kufikia, kupata - kupatia
- sufiksu -li- używamy w czasownikach, których temat zakończony jest na samogłoskę i, a lub u. Np. kusikia - kusikilia, kununua - kununulia. 
- sufiksu -e- używamy w czasownikach zakończonych na spółgłoskę, które w temacie czasownika mają samogłoski lub o. Np. kuleta - kuletea, kusoma - kusomea. 
- sufiksu -le- używamy w czasownikach, których temat zakończony jest na samogłoskę e lub o. Np. kuondoa - kuondolea, kupokea - kupokelea. 

Zasady są więc dość regularne i nie powinny sprawiać problemów. Najtrudniejsze jest tak naprawdę zapamiętanie, że w ogóle należałoby takiej formy użyć. :) A używa się jej w zasadzie cały czas. 

Forma kierunkowa potrafi też niestety czasem być wieloznaczna. Np. jeśli powiemy alimfanyia kazi może to oznaczać tak wykonał pracę dla kogoś, jak i wykonał pracę zamiast kogoś. W takiej sytuacji tylko kontekst może nas uratować i podpowiedzieć, o którą z opcji chodziło. 

Rzadziej spotykaną, ale równie ważną, funkcją form kierunkowej jest informowanie o funkcji, jaką pełni dany przedmiot, np. behewa la kulalia - wagon sypialny, sindano ya kushonea - igła do szycia. 

Jak już pewnie zauważyliście, forma kierunkowa często idzie w parze z dopełnieniem (np. kukupatia - wziąć dla ciebie), dość często widuje się ją też z trybem życzącym. Np. nikuchukulie mizigo - ponieść ci bagaż?

czwartek, 22 grudnia 2016

Najgorsze książki o Afryce Wschodniej


W zakładce Książki podrzucam Wam czasem recenzje książek o Kenii i Tanzanii, które warto przeczytać. Dziś jednak chciałabym zrobić coś odwrotnego i przestrzec przed niektórymi książkami, których czytanie może poważnie zagrozić zdrowiu psychicznemu myślącego człowieka. Gotowi? 

Biała Masajka


Bestseller Corinne Hofmann otwiera nie tylko listę najgłupszych książek o Afryce Wschodniej, lecz także najgłupszych książek o Afryce w ogóle. Aż trudno uwierzyć, że autorka mogła zmieścić tyle ignorancji na zaledwie trzystu stronach! Mamy tu do czynienia z biografią samej autorki, która, zobaczywszy podczas wakacji występ czarnoskórego tancerza, postanowiła zostać jego żoną i przenieść się do Kenii. Nasz dzielna Szwajcarka nawet nie potrafiła dogadać się ze swoim wybrankiem, ale nic sobie z tego nie robiła. Już kiedy pierwszy raz przeczytałam opis książki, coś mi nie pasowało. Rzecz w tym, że masajskie obyczaje małżeńskie są dość szeroko opisane w literaturze, prawdopodobnie dlatego, że oburzały kiedyś pruderyjnych europejskich antropologów. Masajowie tradycyjnie praktykowali poligamię, mało tego nie mieli też zbyt wiele przeciw skokom w bok pod warunkiem, że miały miejsce w obrębie grupy rówieśniczej męża (u Masajów istnieje silne poczucie wspólnoty pomiędzy mężczyznami, którzy wkroczyli w dorosłość w tym samym roku). Niestety jest to też dość patriarchalna społeczność, w której kobiety są wydawane za mąż dość wcześnie i nie mają za wiele do powiedzenia. Oczywiście świat się zmienia, Masajowie też, niemniej opisy z Białek Masajki jakoś nijak nie pokrywają się ze zwyczajami tego ludu. Rozwiązanie tej zagadki znalazłam dopiero na  tej stronie. Otóż wybranek Corinne Hofmann nie jest żadnym Masajem, tylko Samburu. Autorka albo o tym nie wiedziała, albo postanowiła to zignorować. Wyobrażacie sobie w ogóle coś takiego? To jak wyjść za Polaka i nadal nazywać go Rosjaninem. Dalej jest tylko gorzej. Hofmann nie zamierza się uczyć języka, dowiedzieć czegokolwiek o historii czy obyczajach ludzi, z którymi chce żyć. Zamiast tego przyjmuje postawę roszczeniową. Jest wręcz rozżalona, że nikt nie traktuje jej tak, jak sobie wyobrażała. Na siłę próbuje zmieniać styl życia mieszkańców wioski i szczerze dziwi się, gdy tym jej pomysły nie bardzo się podobają. Z mężem wciąż nie rozmawia, tylko razem sypiają. Jak nietrudno się domyślić, związek szybko się rozpada. Corinne nadal nie rozumie czemu i jest tak rozżalona, że postanawia napisać o tym książkę. I ku mojemu przerażeniu ta książka sprzedaje się dobrze na całym świecie. 

Miłość lwicy


Powieść biograficzna, której autorka poznaje na wakacjach przystojnego Samburu i postanawia zostać jego żoną oraz zamieszkać w Kenii, a potem napisać o tym złą książkę. Może to zaraźliwe? Niemka Christina Hachfeld-Tapukai wykazała się nieco większą wytrwałością od poprzedniczki, ale jej biografia jest równie niewarta czytania. 

Żona myśliwego


Powieść australijskiej autorki Katherine Scholes to tylko ordynarny harlequin, którego akcja zupełnie przypadkowo została osadzona w Tanzanii. 

Blondynka na Czarnym Lądzie


Beata Pawlikowska wydaje książki w zastraszającym tempie i to na różne tematy. Nie dziwne więc, że żadnemu z nich nie może poświęcić zbyt wiele uwagi. Jej książka o Tanzanii przypomina trochę taką ekspresową turystykę, patrzymy na prawo, jak lew majestatycznie wygrzewa się w słońcu, na lewo spowita mgłą góra Kilimandżaro i jedziemy dalej. Lubię reporterów dobrze przygotowanych do podróży, który zadali sobie trud poznania historii i zwyczajów ludów, o których chcą pisać. Takich, którzy spędzili w opisywanym miejscu odpowiednio dużo czasu i cierpliwie wysłuchali historii bohaterów. Słowem zrobili coś więcej niż wyjeżdżający na wczasy turysta. Niestety Pawlikowska produkuje tylko masowo spłyconą treść, a większość informacji o Tanzanii, które podaje w Blondynce na Czarnym Lądzie, można zaleźć w Wikipedii. Da się też odnieść nieprzyjemne wrażenie, że bardziej interesują ją jej własna osoba niż cokolwiek na zewnątrz. 

Kenia i Tanzania z serii Kobieta na Krańcu Świata


Kolejne masowo produkowane i nicniewnoszące książeczki z garścią powierzchownych informacji rodem z internetu i ładnymi zdjęciami zwierząt. I obowiązkowo łzawa historia o biednych słonikach zabijanych przez złych kłusowników. Czyta się lekko, ale naprawdę można sobie darować.

Kenia. Hakuna kurudi


Nie chcę za bardzo krytykować Pauli Anny Gierak, która sama przyznaje, że jest dopiero początkującą podróżniczką. Nie pozuje też na wielką reporterkę i znawcę tematu jak wyżej wspomniane panie. To w zasadzie urocze, jak cieszy się swoją wymarzoną podróżą. Niestety autorka nie wykazuje wielkiego talentu literackiego i ma tendencję do zbytniej emocjonalności, a nawet popadania w egzaltację. Też cieszyłabym się, gdybym właśnie kupiła bilet do Nairobi, ale taka reakcja:
Łzy leciały mi ciurkiem. Zrobiłam pierwszy krok, krok, który zbliżył mnie do spełnienia mojego największego marzenia. Być tam – w Afryce.
To już chyba jednak przesada. Ludzie jednak latają do Nairobi codziennie, pracują tam, a nawet mieszkają. To nie wyprawa do wnętrza ziemi, tylko do drugiego zaraz po Egipcie najczęściej odwiedzanego przez turystów kraju na kontynencie.

Zielone wzgórza Afryki


Zła książka dobrego autora, czyli opowieść o tym, jak Ernest Hemingway wybrał się do Kenii na polowanie na grubego zwierza i o tym, jak pił piwo z innymi myśliwymi. W Afryce nie interesowało go w zasadzie nic poza elementami fauny, które mógł ustrzelić. O miejscowych nie wspomina prawie wcale, chyba że akurat mu to piwo podali albo nieśli mu bagaż.

Pożegnanie z Afryką


Karen Blixen plasuje się niewątpliwie znacznie wyżej niż wspomniane wcześniej autorki, nie można jej zarzucić braku pewnego literackiego talentu. Poza tym moja mama uwielbia ekranizację z Robertem Redfordem. Problem w tym, że ta książka jest tylko dziennikiem życia na farmie pewnej Dunki, Afryka jest w niej jedynie malowniczym tłem zdarzeń. Dlatego Pożegnanie z Afryką trafia na tę listę jako pozycja nieprzydatna czytelnikowi, który naprawdę chciałby się czegoś dowiedzieć o Kenii. 

Czas na tzw. honorable mention. Chociaż książka ta nie opowiada konkretnie o Kenii lub Tanzanii, a jedynie o podróży wzdłuż kontynentu, moja lista byłaby niepełna bez Chwili przed zmierzchem Marcina Kydryńskiego. Tak, to ten pan z ładnym głosem prowadzący audycje muzyczne w radiowej Trójce. Cała książka może nawet nie byłaby taka zła, gdyby nie entuzjastycznie wyrażane przez autora poparcie dla... płatnego seksu z nieletnimi. Oto chyba najczęściej cytowany fragment, która następuje zaraz po erotycznych fantazjach narratora na temat pewnej dwunastolatki:
Zawsze uważałem, że w pragnieniu białych mężczyzn, by posiąść czarne kobiety, jest pewna prawidłowość. Nie wydaje mi się jednak, by chodziło tu o tak lubiany przez seksuologów, jak i historyków motyw dominacji. Widzę tę siłę raczej jako atawizm. Jako sublimację żądzy spółkowania ze zwierzętami. (...) Seks dla większości Afrykanek to jedyna radość życia. Używają go w sposób równie naturalny i spontaniczny jak zwierzęta. Jeśli nie pracują i nie kochają się - nuda je zabija. Często więc łączą te zajęcia. Ich prostytucja nie jest konsekwentna. Biorą pieniądze wtedy, kiedy ich potrzebują. Czasem proszą jedynie o śniadanie. Częstokroć proszą tylko o to, by je wziąć. A są nie do wyobrażenia piękne. Nie sądzę, by znalazł się zdrowy mężczyzna, który umie oprzeć się ich urokowi. Nie jest to bowiem wdzięk ludzki, do którego przywykliśmy, ale zwierzęcy. Te dziewczyny proszą, by je pokryć. 
Ciężko skomentować te wynurzenia w jakikolwiek cenzuralny sposób. Sam Kydryński tłumaczył się błędami młodości (książka została wydana w latach dziewięćdziesiątych i to, o zgrozo, przez wydawnictwo Prószyński i S-ka) oraz tym, że jego myśli cytowane są w oderwaniu od kontekstu. No cóż, też byłam młoda i głupia, ale nawet wtedy nie widziałam niczego dobrego w seksie z nieletnimi za pieniądze. Pewnie okażę się niezdolnym to zrozumienia subtelności aluzji prostakiem, ale jeśli kiedyś jakiś jegomość powie mi, że chciałby mnie posiąść, bo tak nakazuje mu żądza spółkowania ze zwierzętami, zobaczy podeszwę mojego buta. Bez pytania o kontekst. 

sobota, 25 czerwca 2016

Chai masala


W czerwcowej edycji akcji W 80 blogów dookoła świata stawiamy fundamentalne pytanie: kawa czy herbata? W kulturze suahili odpowiedź może być tylko jedna. Herbata! Ale nie taka zwykła, a z mlekiem i z całą masą przypraw. Spróbujcie sami. 


Chai masala

andaa birika 
chemsha maji kidogo
tia majani ya chai vijiko 5 (kwa watu watano)
tia dalasani, karafuu, tangawizi na iliki kidogo
chemsha vitu vyote kwa dakika 5 hivi
ongeza maziwa vikombe 5
chemsha tena
tia sukari vijiko vitano, koroga vizuri
chai tayari

przygotuj czajnik
zagotuj trochę wody
dodaj 5 łyżek liści herbaty (dla pięciu osób)
dodaj trochę cynamonu, goździków, imbiru i kardamonu
gotuj wszystko przez około 5 minut
dolej 5 kubków mleka
znów zagotuj
dodaj 5 łyżek cukru, dokładnie zamieszaj
herbata gotowa

źródło: wikimedia.org

Zajrzyjcie też koniecznie na inne blogi biorące udział w akcji!

Austria
Herbata po austriacku

ChinyBiały Mały Tajfun: Kawa Hani
Gruzja
Gruzja okiem nieobiektywnym: Kawa czy herbata, czyli co pić w Gruzji
Hiszpania
Hiszpański na luzie: Trzy kawowe napoje z Walencji

Kazachstan
Enesaj.pl: Historia herbaty w Kazachstanie
Rosja
Blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim: Herbata w literaturze rosyjskiej

Turcja
Turcja okiem nieobiektywnym: Kawa prawdę Ci powie



wtorek, 21 czerwca 2016

Przyimki i spójniki

Przyimki i spójniki to takie małe części mowy, którym gramatyki poświęcają zwykle niewiele miejsca. Ale przecież nie sposób ułożyć bez nich zdania! Dlatego dzisiaj będzie właśnie o nich. 

Spójniki
na - i, oraz
pia - także, również
tena - znów
au - lub, albo
ama - lub, ani
wala - ani
isitoshe - co więcej, ponadto
vilevile - też, również
lakini - ale
ila - poza, oprócz
bila - bez
ili - aby, żeby
ingawa, ingawaje - chociaż, jednak
ijapokuwa - chociaż
ikiwa - jeśli
kwani - ponieważ, skoro
kwa sababu - dlatego, ponieważ
kwamba - że
kwa kuwa - że, ponieważ
kuliko, kuzidi - niż, bardziej niż

Przyimki proste
na - z, przez
kwa - do, z pomocą czegoś, dla, przez, w jakimś miejscu
mpaka - do, aż do
kutoka - z, od
katika - w, podczas
kwenye - w, na
tangu - odkąd, od czasu

Atasafiri na watoto wake. - Będziemy podróżować z jego dziećmi. 
Kazi yangu ilitafsiriwa na mkalimani. - Moja praca została przetłumaczona przez tłumacza. 
Nitaenda nyumbani kwa Abdi kesho. - Jutro pójdę do domu Abdiego. 
Alipigwa kwa nawe. - Został uderzony kamieniem. 
Tulisafiri kwa basi. - Podróżowaliśmy autobusem. 
Alinijia kwa ushauri. - Przyszedł do mnie po radę. 
Wale wakimbizi walikufa kwa njaa. - Tamci uchodźcy umarli z głodu. 
Tangu lini mgeni ameningojea?  - Od kiedy goście na mnie czekają? 
Sili wali tena tangu dktari anikataze. - Nie będę jadł ryżu, skoro lekarz mi zabronił. 
Katika mwaka ule, kulinyesha sana. - W tamtym roku dużo padało. 
Wageni waliingia katika nyumba hii. - Goście weszli do tego domu. 
Usisadiki hata kidogo katika habari zile ulizozisikia. - Nie wierz we wszystkie te wiadomości, które usłyszałeś. 

Przyimki złożone
kati ya - pomiędzy
baada ya - po
ndani ya - wewnątrz, w środku
mbele ya - przed
karibu - obok, blisko, prawie
pamoja ya - razem z 
mahali pa - zamiast
juu ya - na, ponad, o czymś
mbali na - daleko od
nyuma ya - z tyłu
katikati ya - pomiędzy, w środku
zaidi ya - ponad
chini ya - pod
nje ya - poza, na zewnątrz

Bibliografia:
Wszystkie przykłady pochodzą z książki M. A. Mohammeda Modern Swahili Grammar. 

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Ubrania i moda

W suahili znaczenie zarówno nosić jak i ubierać oddaje jeden czasownik kuvaa w zależności od tego, z jakim czasem go użyjemy.
Ninavaa - ubieram się, ale:
Nimevaa - noszę, mam na sobie.

Mały słowniczek ubraniowy:
(w nawiasach numery klas rzeczownikowych, a po ukośniku brzmienie liczby mnogiej, jeśli różni się ona od liczby pojedynczej).
nguo (kl. 9/10) - ubranie
kitenge (kl.7)/ vitenge (kl.8) - materiał
suruali (kl. 9/10) - spodnie
suruali fupi (kl. 9/10) - krótkie spodenki
shati (kl.5)/ mashati (kl.6) - koszula
kanzu (kl.9/10) - długa biała koszula noszona przez mężczyzn
kofia (kl.9/10) - biała okrągła czapka noszona przez mężczyzn
kanga (kl.9/10) - wzorzysta chusta noszona przez kobiety
buibui (kl.5)/ mabuibui (kl.6) - czarna chusta noszona przez muzułmanki
shuka (kl.5)/ mashuka (kl.6) - przepaska na biodra, też: prześcieradło
kilemba (kl.7)/ vilemba (kl.8) - turban
kiatu (kl.7)/ viatu (kl.8) - buty
chupi (kl.9/10) - majtki, slipy
sidiria (kl.9/10) - biustonosz
soksi (kl.9/10) - skarpetki
fulana (kl.9/10) lub tisheti (kl.9/10) - podkoszulek, koszulka
sweta (kl.9/10) - sweter
koti (kl.5)/ makoti (kl.6) - płaszcz
malapa  (kl.6) - kapcie, japonki
suti (kl.9/10) - garnitur
tai (kl.9/10) - krawat
pajama (kl.9/10) - piżama
sketi (kl.9/10) - spódnica
mkoba (kl.3)/ mikoba (kl.4) - torebka
pochi (kl.9/10) - portfel
saa (kl.9/10) - zegarek
herini (kl.9/10) - kolczyki
kidani (kl.7)/ vidani (kl.8) - naszyjnik
pete (kl.9/10) - pierścionek

Jak widać współczesne ubrania mają przeważnie nazwy zapożyczone z angielskiego. Jak wyglądają te tradycyjne? To najlepiej po prostu pokazać.

Mariaż tradycji z nowoczesnością, czyli kanzu, kofia i marynarka.
źródło: www.jamiiforums.com
Na strój kobiecy wystarczy w zasadzie sama kanga, której można użyć jako spódnicy, bluzki, chusty na głowę, a nawet nosidełka na dziecko. Kangi mają bogatą tradycję i są mocno osadzone w kulturze. Dawniej ich kolory miała znaczenie, np. kangi czarno-czerwone noszone były przez kobiety w okresie menstruacji  i połogu. Z czasem jednak te wzorzyste chusty urosły do rangi politycznego manifestu. Tradycyjnie kangi zdobiono przysłowiami, ale choćby w okresie kolonializmu pojawiały się na nich raczej hasła z żądaniami wolności. Po uzyskaniu niepodległości często można było za to zobaczyć kangi z wizerunkiem pierwszego prezydenta Juliusa Nyerere. 

Kobiety w kangach.
źródło: www.astate.edu

Kangi
źródło: afrskangas.weebly.com

A tu kanga z Obamą.
źródło: www.kangausa.com

środa, 25 maja 2016

Arusi, czyli ślub i wesele w kulturze suahili


Tematem majowej akcji W 80 blogów dookoła świata jest ślub i wesele w kraju, o którym piszemy. Gdybym rzeczywiście miała omówić śluby we wszystkich kulturach, które możemy znaleźć w Kenii i Tanzanii, pewnie powstałaby z tego mała książka. Dlatego chciałabym skupić się na obszarze tradycyjnej kultury suahili, czyli wschodnim wybrzeżu tych krajów i okolicznych wyspach. 

Przede wszystkim musimy pamiętać, że Suahilijczycy to w większości muzułmanie. O ich religii potocznie często mówi się jednak jako o czarnym islamie lub po prostu islamie nieortodoksyjnym, zasady zaczerpnięte z Koranu często bowiem mieszają się tutaj z elementami rodzimych afrykańskich religii. Ten mariaż można też dostrzec w podejściu do ślubów i pozycji kobiet w społeczeństwie. Pewne zmiany wymusza też nowoczesność, coraz częściej to młodzi sami decydują, z kim chcą zawrzeć związek małżeński, ciągle nie obejdzie się jednak bez zgody rodziny i uiszczenia płatności małżeńskiej. 

Jak to było tradycyjnie?

W kulturze suahili preferowano zawierane w młodym wieku aranżowane małżeństwa w obrębie tej samej grupy etnicznej i kulturowej. Choć islam zezwala na poligamię, nie była ona aż tak szeroko praktykowana, a zbyt ostentacyjna mogła nawet narazić obnoszącego się z nią pana na ostracyzm społeczny. A. Prins w swojej książce The Swahili speaking peoples of Zanzibar and the East African Coast pisze, że na dwudziestu badanych na Zanzibarze mężczyzn tylko ośmiu było poligamistami. Sześciu z nich miało dwie żony, a tylko jeden dozwolone przez Koran cztery. Bardziej pobłażliwie niżby to nakazywał szariat traktowano na Wybrzeżu Suahili stosunki pozamałżeńskie, konkubinaty były akceptowane, a na romanse przymykało się oko, o ile obie strony zachowywały odpowiednią dyskrecję. Podstawową formą małżeństwa było małżeństwo oficjalne, czyli ndoa ya rasmi. Taki związek zawierało się w obecności opiekunów młodej pary oraz islamskiego sędziego. Istniały jednakże też ndoa ya siri, czyli małżeństwa sekretne. Poza tymi dwoma formami w kulturze suahili obecne były również – dozwolone choć nieaprobowane w prawie sunnickim – małżeństwa tymczasowe, czyli muta. Zawierali je głównie kupcy, którzy w czasie swoich podróży długo przebywali poza domem i znajdowali sobie kobiety w innych miastach. A co było niedozwolone? Na przykład związki niewolników bez wiedzy ich pana oraz wiązanie się z kobietami rozwiedzionymi, opuszczonymi i prostytutkami. Nie potępiano natomiast małżeństw pomiędzy bliskimi krewnymi, które były wręcz preferowane w wyższych sferach. J. Middleton w książce The World of the Swahili: An African Mercantile Civilization podaje, że 65% spośród najstarszych córek na wyspie Lamu wyszło za brata stryjecznego, 25% za innych kuzynów drugiego i trzeciego stopnia w linii ojca, a 10% za dalszych krewnych. Małżeństwa te były zaskakująco trwałe, zapewne przez swoją wagę. Taki związek tworzył nową linię klanu i pozwalał na pozostanie majątku w rodzinie. Dziedziczenie bowiem w kulturze suahili odbywało się w linii żeńskiej, co wyraźnie odróżnia ją od pozostałej części muzułmańskiego świata. Dlatego to mąż wprowadzał się do nowo poślubionej żony, a przez pierwsze kilka lat małżeństwa mieszkała z para młodą teściowa. 

Płatność małżeńska

Warunkiem zawarcia małżeństwa jest w tradycji Wybrzeża Suahili dokonanie płatności małżeńskiej, czyli mahari. Wypłaca się ją na ręce ojca panny młodej lub jej opiekuna. Jej wysokość i forma są spisywane w akcie małżeńskim. Według Middletona mahari nie jest dużym obciążeniem dla bogatszych rodzin, ale może być problemem dla najbiedniejszych. W praktyce często odracza się płatność do momentu pojawienia się dzieci, a najpóźniej – do rozwodu. Uchylenie się od zapłaty mahari to plama na honorze. W rodach arystokratycznych istnieje inny rodzaj płatności, który jest zwykle znacznie wyższy od mahari. Nazywa się ją zwykle po prostu kitu (rzecz). Wypłaca ją rodzinie panny młodej rodzina pana młodego lub on sam. Kwota ta zwykle przeznaczana jest na organizację wystawnego wesela, a tradycja nakazuje przekazać 5% na cele charytatywne. Osobną sprawą jest hadaya, czyli posag panny młodej, który ta otrzymuje od swojego ojca i który stanowi jej wyłączną własność. W skład posagu wchodzą zwykle meble, ubrania i biżuteria. Mahari obowiązuje przy każdym z kolei małżeństwie kobiety, kitu i hadaya – tylko przy pierwszym. Płatności małżeńskiej nie trzeba zwracać po rozwodzie.

Arusi

A jak wygląda wesele? To duże przedsięwzięcie, które trwa co najmniej kilka dni. Przed samym weselem musi nastąpić jeszcze ceremonia unyago, czyli wtajemniczenia przyszłej panny młodej w tajniki życia małżeńskiego i alkowy, co często połączone jest z zabiegami upiększającymi. Na tę uroczystość mężczyźni nie mają wstępu. Kobiety śpiewają i grają na bębnach, a te starsze pouczają pannę młodą jak postępować z mężem. Zwieńczeniem tego etapu jest zdobienie ciała henną. Ale uwaga, bo do takiej ozdoby mają prawo jedynie kobiety niezamężne. Dopiero po tych przygotowaniach następuje nikah, czyli właściwe zawarcie małżeństwa. Para młoda nie składa jednak przysięgi razem. Pan młody wypowiada ją przed imamem w meczecie, do którego panna młoda niestety nie ma wstępu. Dopiero po przysiędze pan młody może udać się do domu rodziców panny młodej, żeby zabrać swoją wybrankę na przyjęcie weselne. Przedtem jednak drogę zastąpią mu zapewne rodzeństwo i kuzyni jego wybranki, którzy za wpuszczenie do domu zażądają prezentów (coś jak nasze szlabany). Pozostała część wesela odbywa się już dość typowo. Wszyscy śpiewają, tańczą, jedzą i robią zdjęcia. 

Najlepsze zostawiałam Wam na koniec. Suknie ślubne w kulturze suahili tradycyjnie są zielone. Niestety coraz częściej wypierają je białe suknie z Zachodu. Jak widać na poniższych zdjęciach, całkiem na czasie jest też pomieszanie stylów. 

źródło: lilian-nabora-photography.blogspot.com
źródło: adventuringlife.wordpress.com
źródło: tulevizuri.blogspot.com
źródło: tulevizuri.blogspot.com

Mini słowniczek ślubny

kufunga ndoa - brać ślub
kuoa - żenić się
kuolewa - wychodzić za mąż (panie mogą brać ślub tylko w stronie biernej, to panowie się żenią, panie są w suahili co najwyżej żenione)
arusi - wesele
bibi arusi - panna młoda
bwana arusi - pan młody
Ciekawostką jest, że czasowników kuoa i kuolewa możemy użyć tylko w formie dokonanej lub w zaprzeczeniu formy dokonanej, co daje znaczenie jeszcze nie jestem. Kultura suahili nie przewiduje czegoś takiego, jak bycie singlem z wyboru, nawet na poziomie gramatyki. Dla Suahilijczyka osoba dorosła, która nie ma męża czy żony, to osoba, którą dotknęło wielkie nieszczęście.

Mało Wam ślubów? Zajrzyjcie koniecznie na inne blogi!

Chiny
Biały Mały Tajfun: Chińskie wesele

Francja
Zabierz Swego Lwa: Les Noces Pourpres
Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim: Cztery wesela i…
Francuskiej inne notatki Niki: Francuski ślub o katalońskich barwach
Madou en France: PACS, czyli wszystko o związkach partnerskich we Francji
Japonia
japonia-info.pl: Ślub w Japonii

Kirgistan
Enesaj.pl: Kirgiskie tradycje weselne
Kirgiski.pl: Ślub i wesele we współczesnym Kirgistanie
Niemcy
Nauka Niemieckiego w Domu: Ślub i Wesele po niemiecku
Niemiecki po ludzku: Początek końca
Językowy Precel: Ślub i wesele po niemiecku - słownictwo

Szwecja

Szwecjoblog: Szwedzkie ślubne statystyki

Turcja
Turcja okiem nieobiektywnym: Turecki ślub w odcieniach czerwieni

Wielka Brytania
Specyfika języka: W co ubrana jest Panna Młoda?
English-tea-time.com:  Na ślubnym kobiercu


wtorek, 24 maja 2016

Przychodzi baba do lekarza

Nazwy chorób może i nie są najbardziej pasjonującym elementem języka obcego, ale nigdy nie wiadomo, co nam się może za granicą przyplątać. Dlatego dziś będzie o chorobach. 

Po pierwsze musimy stwierdzić, że w ogóle jesteśmy chorzy.
Mimi ni mgonjwa. - Jestem chory.
Mgonjwa do rzeczownik oznaczający chorego i utworzony od rzeczownika ugonjwa, czyli choroba. 
Nina homa. - Mam gorączkę. 
Ninapatwa na mafua. - Złapałem przeziębienie (-patwa to strona bierna czasownika -pata, czyli dostawać). 
Kiedy chcemy powiedzieć, jak się czujemy, mamy do wyboru trzy czasowniki: kuhisi - czuć, kuona - widzieć i kusikia - słyszeć. 
Ninaona joto. - Widzę gorąco, czyli jest mi gorąco. 
Ninasikia baridi. - Słyszę zimno, czyli jest mi zimno. 
Jeśli chcemy powiedzieć, że coś nas boli, użyjemy czasownika kuuma.
Kichwa kinaniuma. - Głowa mnie boli. 
Najczęściej jednak czasownik -uma pojawia się w stronie biernej. 
Ninaumwa na tumbo. - Brzuch mnie boli (dosłownie: jestem bolony przez brzuch). 

Jeśli już przypałęta nam się jakaś choroba, trzeba udać się do lekarza, czyli kwenda kwa daktari, albo nawet do szpitala kwenda hospitalini. Czasem wystarczy jedynie wizyta w przychodzi (zahanati), gdzie zbada (kupima) nas pielęgniarka (mwuguzi). Innym razem potrzebny jest specjalista, np.
daktari wa meno - dentysta
daktari mpasuaji - chirurg
daktari wa macho - okulista
i trochę medycznego sprzętu:
kipimajoto - termometr
plasta - gips
bendeji - bandaż
koleo - skalpel
sindano - igła
kipimadamu - urządzenie do mierzenia ciśnienia
eksirei - prześwietlenie
I już z wynikami badań (matokeo) i receptą (maelezo ya matumizi ya dawa) możemy udać się do apteki (duka ya madawa) po leki (dawa) i jakieś pigułki (vidonge). Jesteśmy wyleczeni (kutibwa) i czujemy się lepiej (kupata nafuu). 

Na jakie jeszcze choroby można zapaść? Poniżej słowniczek z uwzględnieniem lokalnej specyfiki. 
kikohozi - kaszel
kuwasha - swędzieć
kutapika - wymiotować
kuhara, kuendesha - mieć biegunkę (niestety zatrucia pokarmowe często przytrafiają się Europejczykom po przyjeździe do Afryki, nie jesteśmy odporni na tamtejszą florę bakteryjną)
malaria - malaria (dość paskudna, ale niestety powszechna choroba)
kidonda - rana, też: wrzód
ugonjwa wa kuambukiza - choroba zakaźna
afkani - choroby serca
shinikizodamu - nadciśnienie
kisukari - cukrzyca
kansa - rak
mzio - alergia
pumu - astma
homa ya manjano - żółta febra
homa ya matumbo - dur brzuszny
kifuakikuu - gruźlica
kipindupindu - cholera
tekekuwanga - ospa wietrzna
perema - świnka
kidoletumbo - zapalenie wyrostka robaczkowego
kiungulia - zgaga
baridi yabisi - reumatyzm
UKIMWI - AIDS

źródło: www.mwananchi.co.tz

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

5 mitów o Kenii i Tanzanii (i o Afryce w ogóle)

W kwietniowej edycji akcji W 80 blogów dookoła świata blogerzy językowi i kulturowy zapraszają do zmierzenia się z mitami, stereotypami i innymi ludowymi mądrościami. Gotowi?


1. Wyjazd na safari do Kenii lub Tanzanii to niebezpieczna wyprawa.

Góra Kilimandżaro to bodajże największa atrakcja turystyczna Afryki, no może druga w kolejności zaraz po egipskich piramidach. A sam Park Narodowy Serengeti co roku odwiedza 90 tysięcy turystów. Biura podróży oferują tańsze wersje wycieczek z noclegiem w namiotach i bardziej luksusowe z bungalowami, w którym warunki dorównują hotelom. To trochę jak wyprawa na Giewont, czasem robi się tłoczno. Ludzie jeżdżą  na safari z dziećmi, a wielu mieszkających w okolicy Masajów utrzymuje się z turystów. Nie zachęcam oczywiście do odłączania się od wycieczki i zaczepiania wypoczywających lwów, ale przy zachowaniu rozsądnych środków bezpieczeństwa, nic nie ma prawa się stać. No chyba że biuro podróży zbankrutuje. 



2. W Afryce wszyscy są biedni. 

Kiedy w 2014 roku kenijska aktorka Lupita Nyong'o dostała Oscara z rolę drugoplanową w filmie Zniewolony. 12 years a slave, śledziłam komentarze na jej temat w mediach społecznościowych. Oprócz tych bardziej typowych (np. o sukience na gali) pojawiło się też całkiem sporo podziwu dla tej dzielnej kobieta, która w końcu pochodzi z takiego kraju, a zaszła tak daleko. Gdyby komentujący pofatygowali się, żeby sprawdzić choć biogram aktorki w internecie, dowiedzieliby się, że Lupita jest córką byłem ministra zdrowia, a obecnego senatora. W jej rodzinie jest wielu przedstawicieli biznesu i nauki, a ona sama skończyła Yale i mówi biegle w czterech językach. Otóż w Afryce są bogaci ludzi i to całkiem sporo. Prawdziwym problemem jest rozwarstwienie społeczne, czyli przepaść pomiędzy dochodami biednych i bogatych. Ta jest największa w południowej części Afryki. Sytuacja w Afryce Wschodniej wygląda jednak nieco lepiej. Według indeksu Giniego nierówności społeczne  w Kenii odpowiadają tym w Chinach, w Tanzanii są nawet mniejsze i można je porównać do sytuacji w Turcji czy Australii. 


Moja ulubiona parodia reklamy programu pomocowego dla Afryki


3. Mówisz po afrykańsku?

Nawet nie wyobrażacie sobie, ile razy w życiu słyszałam to pytanie. Serio. Ludziom jakoś nie przychodzi do głowy pytać: czy mówisz po europejsku? albo czy mówisz po azjatycku?, ale to im jakoś nie przeszkadza. Inna wersja to: w Afryce się mówi po francusku, prawda? Tak. Zanim na kontynent przybyli kolonizatorzy, ludzie po prostu nie mówili, tylko machali rękami. W Afryce używa się nawet 3 tysięcy języków z trzech rodzin językowych. Faktem jest, że wielu Afrykanów zna języki byłych kolonii, a w niektórych krajach są one nawet językami urzędowymi. Nie oznacza to jednak, że inne języki wyszły z użycia. Choć trudno to sobie wyobrazić z perspektywy jednojęzycznej polski, wielojęzyczność jest w Afryce czymś naturalnym (może poza arabskojęzyczną północą). Wielu ludzi używa dwóch lub trzech języków każdego dnia. 

4. W Afryce nie ma dostępu do nowoczesnych technologii. 

80% populacji na kontynencie używa telefonów komórkowych. Dla firm telekomunikacyjnych to ogromny rynek zbytu. Podobno w Kenii istnieje cztery razy większe prawdopodobieństwo, że człowiek będzie miał komórkę niż bieżącą wodę w łazience. W kraju istnieje też nowoczesny system mobilnej bankowości. Robienie przelewu za pomocą smartfonu jest metodą płatności popularną na całym kontynencie. Ludzie płacą tak za benzynę na stacjach, a nawet za zakupy na targu. 

źródło: www.kenyasocialventures.info

5. Cmentarzyska słoni.

Nikt nigdy nie udowodnił, że naprawdę istnieją. Słonie najprawdopodobniej umierają tam, gdzie dopadnie je choroba lub myśliwy. Mit o cmentarzyskach słoni został zapewne rozpowszechniony przez filmy o Tarzanie, a utrwalony przez Króla lwa



Mało Wam mitów? Zajrzyjcie tu:
Austria
Viennese breakfast: 5 faktów i mitów o Austrii
Chiny
O języku kirgiskim po polsku: Językowe stereotypy o Kirgizach
Enesaj.pl: Pięć stereotypów o Kirgistanie i Kirgizach
Niemcy
Niemiecka Sofa: 5 niemieckich mitów i legend
Norwegia 

piątek, 22 kwietnia 2016

Forma statywna

W suahili oprócz zwyczajnej strony biernej mamy jeszcze tzw. formę statywną. Używa się jej, żeby powiedzieć, w jakim stanie znajduje się dana rzecz bez wskazywania na wykonawcę czynności. Na przykład:

Kiti kimevunjika. - Krzesło jest połamane.
Kamba ile imekatika. - Ta lina jest przecięta.

Jak widać w powyższych, przykładach formy statywnej czasownika często używa się z czasem -me- (aspektem dokonanym). Formę statywną tworzymy przez dodanie przyrostka -k- zaraz po rdzeniu czasownika. Jeśli rdzeń czasownika kończy się na samogłoski -a, -i lub -u, przyrostek przybiera formę -ik-. I tak na przykład z rzeczownika kutumia, czyli używać, robi nam się kutumika, co znaczy być używanym. Jeśli natomiast rdzeń czasownika kończy się na samogłoskę -e lub -o, przyrostek formy statywnej ma postać -ek-. Na przykład z czasownika kusoma możemy zrobić kusomeka, czyli być czytanym lub też czytelnym. 

Tak dochodzimy do jeszcze jednego znaczenia formy statywnej, być może nawet bardziej przydatnego dla uczącego się, czyli do znaczenia być możliwym do zrobienia (co na polski może nie tłumaczy się najlepiej, ale w angielskim formie statywnej zwykle odpowiada przyrostek -able). 

Kazi hii inafanyika. - Ta praca jest możliwa do wykonania. 
Njia ile haikupatika. - Tamta droga jest nie do przejścia.

Czasowniki jednosylabowe, które zwykle odmieniają się nieco inaczej, tutaj nie sprawiają problemów. Tylko trzy z nich w ogóle tworzą formę statywną:
kuja (iść) - kujika (być dostępnym)
kula (jeść) - kulika (być jadalnym)
kunywa (pić) - kunyweka (być pitnym)
Czasowniki pochodzenia arabskiego zachowują się tak samo jak rdzenne. Te zakończone na i oraz u przyjmują przyrostek -ik-, a zakończone na e przyrostek -ek-. Jedyny wyjątek stanowią czasowniki kończące się na ua, do tych trzeba dodać przyrostek -lik-.
kusahau (zapominać) - kusahaulika (być zapomnianym)
kudharau (ignorować) - kudharaulika (być ignorowanym).
W nielicznych przypadkach możliwe jest też utworzenie formy statywnej od przymiotnika, np. safi (czysty) i kusafika (być czystym). 

piątek, 26 lutego 2016

Dlaczego nie lubię słowa plemię?


Zwykle daleko mi do poprawności politycznej, czasem nawet ją wyśmiewam. Zdarza mi się użyć znienawidzonego przez niektórych słowa murzyn, a już na pewno przymiotnika czarny, kiedy akurat chcę określić cechę czyjejś fizjonomii bez zagłębiania się w jego pochodzenie. Jest jednak w naszym słowniku słówko, od którego gotuje mi się krew w żyłach: plemię. Na jego dźwięk w głowie pojawia mi się obraz grupy pierwotnych ludzi bez żadnego wykształcenia czy wiedzy o świecie, którzy żyją w mało skomplikowanej organizacji społecznej i utrzymują się z niezbyt skomplikowanych zajęć, jak choćby łowiectwo czy zbieractwo. Czyli mniej więcej tacy Polanie przed Mieszkiem I. I w tym znaczeniu słówko jest całkiem niewinne. Tylko dlaczego przyczepiło się do współczesnych mieszkańców kontynentu afrykańskiego? 

Prawdopodobnie ma to jakiś związek z mitem, jakoby Afryka nie miała historii przed kolonializmem. Wszyscy sobie tylko siedzieli przed swoimi lepiankami i czekali, aż przyjdą kolonizatorzy. Nieco mija się to z prawdą historyczną. Oprócz państw-miast nieco podobnych do tych greckich w Afryce Wschodniej, o których już na blogu wspominałam, istniały też naprawdę duże organizmy państwowe. Tak poza Egiptem. Faktem jest jednak, że nie mamy o nich zbyt szczegółowych informacji. A to dlatego, że XIX-wieczni "naukowcy" woleli zajmować się mierzeniem nozdrzy mieszkańców podbitych terenów i zastanawianiem się, czy ich rozstaw bardziej przypomina budowę nosa białego człowieka, czy może jednak małpy, niźli zbieraniem źródeł historycznych, które w dużej mierze pochłonęła dżungla lub pustynia. Wiemy jednak, że w Afryce Zachodniej istniały choćby królestwa Jorubów Oyo i Ife, Królestwo Benin ludu Edo, Imperium Songhaj, Dahomej, Imperium Mali i Imperium Ghany oraz Kanem-Bornu w okolicach jeziora Czad, w Afryce Południowej Wielkie Zimbabwe, w środkowej części kontynentu Luba, Lunda i Kongo i wreszcie w Afryce Zachodniej Buganda (tam gdzie dzisiejsza Uganda) oraz starożytne państwa Nubia i Aksum, którego współczesną kontynuacją jest Etiopia. Końcem większości z tych państw był właśnie kolonializm. Władcy największych ówczesnych potęg europejskich, nie postawiwszy nawet nogi w Afryce, podzielili kontynent ołówkiem na mapie, często przecinając po prostu w połowie tereny istniejących tam państw. To nie tak, że państwa te nie stawiały oporu (Pamiętacie serial Zulus Czaka? Leciał kiedyś na TVP.), po prostu kolonizatorzy mieli broń palną. Tylko Etiopii udało się nigdy nie zostać kolonią, choć była okupowana w latach 1935-1941 przez Włochy Mussoliniego.  Nie będę się tu jednak wymądrzać, bo żaden ze mnie historyk. Jeśli kogoś interesują państwa przedkolonialne mogę mu polecić bardzo dobrze opracowaną i nieco obszerną (trochę ponad 1300 stron) książkę pod redakcją prof. Tymowskiego Historia Afryki. Do początku XIX wieku. Można ją dostać nie tylko w uniwersyteckich bibliotekach, lecz także w niektórych bibliotekach dzielnicowych czy gminnych. Na forum historycy.org istnieje dział Afryka przedkolonialna, w którym można sobie podyskutować o historii, a nawet zagłosować na ulubione królestwo afrykańskie. 

Czy więc ludny, które miały swoje państwa, nie zasługują na trochę lepsze określenie niż plemię? Może na przykład naród? Faktem jest jednak, że większość ludów afrykańskich nigdy nie stworzyła organizacji państwowych i żyła po prostu w niewielkich wioskach z jakimś lokalnym wodzem. Tylko czy naprawdę posiadanie własnego państwa jest konieczne do bycia narodem? Z lekcji wiedzy o społeczeństwie w szkole pamiętam, że państwowość pojawiała się obok odrębności kulturowej, historycznej czy językowej jako czynnik konstytuujący naród, ale czynnik wcale nie konieczny. I wydawało mi się to wtedy całkiem logiczne, bo przecież przez sam fakt, że przez 123 lata pod zaborami nie mieliśmy państwa, nie sprawił, że przestaliśmy być narodem. A co na to alfa i omega współczesnego człowieka, czyli Wikipedia? 
Jednym z istotnych wyróżników narodu, jest kwestia istnienia świadomości narodowej, czyli kwestia postrzegania własnej zbiorowości jako narodu. Przykładowo grupy etniczne spełniające obiektywne warunki zaistnienia narodu: wspólna kultura, język, religia, historia czy pochodzenie etniczne, których członkowie nie postrzegają siebie jako naród, nie są uznawane za narody, np. tubylcze plemiona afrykańskie.
Autor hasła naród poszedł o krok dalej i do słowa plemię dołożył jeszcze słowo tubylec, czyli w odczuciu większości społeczeństwa ktoś, kto już w ogóle bieda nago z dzidą po lesie. Niemniej jednak autor za najważniejszy czynnik uznał poczucie tożsamości, którego jego zdaniem Afrykanie nie mają.  

Tożsamość była kluczowym zagadnieniem dla młodych niepodległych państw afrykańskich w latach sześćdziesiątych XX wieku. Wiele się wtedy mówiło o konieczności stworzenia tożsamości narodowych. Kolonializm pozostawił po sobie sztucznie stworzone państwa, których mieszkańcy mieli ze sobą niewiele wspólnego. Już sama wielość języków znacznie utrudniała stworzenie sprawnej administracji czy systemu edukacji, a tu jeszcze obywatele czuli się bardziej Kikuju, Luo, Masajami, Meru, Sukuma czy Makonde niż Tanzańczykami czy Kenijczykami. Często też mieli więcej wspólnego z członkami tej samej grupy etnicznej zamieszkującymi sąsiednie państwo niż ze swoimi współobywatelami. Wiele się od tamtych czasów zmieniło. Jeśli dziś spytamy młodego i wykształconego mieszkańca Nairobi o narodowość, zapewne odpowie, że jest Kenijczykiem. Ale co odpowie zapytana o to samo starsza kobieta z wioski w okolicach Jeziora Wiktorii? Moim zdaniem odpowie, że jej narodowość to Sukuma (bo ich akurat jest tam najwięcej). 

Jakiś czas temu natknęłam się na zdjęcie kobiety z podpisem "kobieta z plemienia Amharów". Czy naprawdę istnieje jakikolwiek obiektywny powód, żeby tak ją opisać? Amharowie to może nie najbardziej liczna, ale dominująca kulturowo grupa etniczna Etiopii i do tego grupa, która od początku to państwo tworzyła (reszta to głównie ludy terenów podbitych przez cesarstwo w XIX wieku). Historia? Dość długa. Dzieje państwa Aksum, z którego wywodzi się Etiopia, sięgają kilku wieków przed naszą erą. O ile pamiętam z historii, najstarsze znalezione monety aksumskie są datowane na IV w. p.n.e. Język? Amharski wywodzi się z martwego już dziś języka liturgicznego gyyz, który ma formę pisaną z własnym alfabetem co najmniej od IV w. n.e. Religia? Niemal wszyscy Amharowie są członkami chrześcijańskiego Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego. Kultura? Ze względu na historię hermetyczna i unikalna. Państwowość? Też jest i to od ponad dwóch tysięcy lat. A co z tożsamością? Znani mi etiopiści twierdzą, że ta wśród Amharów jest bardzo silna, czasem nawet ociera się o szowinizm. Nie ma co się oszukiwać, autor opisu użył słowa plemię tylko dlatego, że opisywał osobę z Afryki. I nie jest to przypadek, w którym po prostu nie wiedziałby, kim są ci Amharowie, bo w dalszej części tekstu można było znaleźć krótki opis ich historii. 

Dlatego mam do Was prośbę, Drodzy Czytelnicy, jeśli nawet nie leży Wam nazywania narodami ludów bez państwowości, używajcie neutralnego określenia grupa etniczna. Przynajmniej nie będzie przywodziło na myśl głupich skojarzeń. Strzeżcie się też słowa plemienny, zwłaszcza jeśli używają go zachodni dziennikarze i politycy. To takie słowo-wytrych używane, żeby wyjaśnić coś bez wyjaśniania. Dziennikarze piszą o konfliktach plemiennych zwykle wtedy, gdy nie mają bladego pojęcia o gospodarczych i politycznych przyczynach jakiegoś toczącego się akurat w Afryce konfliktu, a coś przecież napisać trzeba. Politycy też je lubią, bo pozwala obejść niewygodny temat. W końcu w lwiej części konfliktów zbrojnych, które toczyły się na kontynencie afrykańskim w drugiej połowie XX wieku, maczały palce co potężniejsze państwa zachodnie. 

Kenijski rysunek z okresu wyborów w 2007 roku, który miał zachęcać do porzucenia tożsamości plemiennej na rzecz ogólnonarodowej. Źródło: gadocartoons.com

czwartek, 25 lutego 2016

Co się ogląda w Kenii i Tanzanii

Tematem lutowej edycji W 80 blogów dookoła świata są seriale. Ja chciałabym Wam opowiedzieć o tym, co najchętniej oglądają telewidzowie w Kenii i Tanzanii. Zapraszam. 



Zarówno Kenijczycy, jak i Tanzańczycy kochają seriale, a już w szczególności opery mydlane. Największe stacje telewizyjne wyświetlają ich naprawdę wiele, co trochę przypomina telenowelowy boom w Polsce w latach dziewięćdziesiątych. I to dosłownie, bo spora część tytułów pochodzi z Ameryki Południowej. Ostatnio pojawiły się też seriale chińskie, co zapewne związane jest z ekonomiczną ekspansją Chin na kontynencie afrykańskim. Nie oznacza to jednak, ze rodzima kinematografia sobie nie radzi. Niekwestionowanym królem popularnych filmów, seriali i muzyki jest oczywiście południowonigeryjskie Nollywood, które co roku produkuje setki takich obyczajowych tasiemców oglądanych później na całym kontynencie. Produkcje te może i nie należą do najambitniejszych, ale niewątpliwie mogą pochwalić się niezwykłą popularnością. (W ostatnich latach takim ogólnoafrykańskim hitem z Nollywood była chociażby telenowela o pięknych i bogatych zatytułowana Tinsel). Dość dużym ośrodkiem, w którym powstają popularne afrykańskie seriale, jest też Republika Południowej Afryki. Pierwszym dużym sukcesem południowoafrykańskiego przemysłu serialowego była niewątpliwie opera mydlana Generations. którą nadawano od 1994 do 2014 roku, choć do liczby odcinków Mody na sukces czy nawet naszego rodzimego Klanu sporo jej jednak brakuje. Kenijska i tanzańska kinematografia nie ma aż takiej siły przebicia, ale i tu znajdą się tytułu, które oglądały miliony. 

Co może zaskoczyć Europejczyka we wschodnioafrykańskich serialach?

Czymś niespotykanym u nas na taką skalę jest niewątpliwie ich dydaktyzm. Bardzo często zdarza się, że seriale są dotowane z budżetu państwa w zamian za edukacyjną fabułę, która będzie ostrzegała choćby przed zagrożeniami związanymi z HIV czy niechcianą ciążą. Samej fabule zwykle niestety jednak to nie służy. Kolejną rzeczą jest niewątpliwie obraz Afryki zupełnie inny od tego, do którego przywykliśmy w naszej telewizji. Afrykańska kinematografia raczej do Polski nie dociera, więc jedyne co mamy to filmy dokumentalne o wszelakich możliwych nieszczęściach. Oglądamy klęski nieurodzaju, dzieci z wydętymi z głodu brzuchami, chaty z błota, dziewczynki siłą wydawane za mąż, a w najlepszym wypadku tańczących dla turystów Masajów. Tymczasem bohaterowie wschodnioafrykańskich seriali zwykle żyją w dużych miastach, są młodzi, piękni, dobrze ubrani i chodzą do modnych klubów, a ich głowy zaprzątają głównie problemy sercowe. Mówiąc w skrócie, kompletnie nie różnią się od bohaterów telenowel z innych części świata. 

Najpopularniejsze wschodnioafrykańskie (a właściwie kenijskie) seriale

Shuga

źródło: buzzkenya.com
Ten tytuł z pewnością zasługuje na miano najbardziej popularnego kenijskiego serialu. Doczekał się emisji przez 70 stacji telewizyjnych w 40 krajach Afryki. Pierwszy sezon pojawił się w 2009 roku, drugi w 2011. Jedną z głównych ról gra tu Lupita Nyong'o, zdobywczyni Oscara z rolę drugoplanową w filmie Zniewolony. 12 years a Slave. Serial opowiada o grupie studentów z Nairobi i ich sercowych perypetiach. Jak na tę część świata jest też naprawdę odważny ze względu na sceny seksu i wplecione w dialogi pogadanki o użyciu kondomów. W 2013 roku prawa do serialu zostały sprzedane nigeryjskiej firmie produkcyjnej, która wkrótce zaczęła nadawać jego remake zatytułowany Shuga Naija. Wszystkie sezony można obejrzeć na YouTube. W wersji kenijskiej bohaterowie przeważnie mówią po angielsku, czasem tylko przechodzą na suahili, ale są do tego angielskie napisy. 



Mali

źródło: wikipedia.org

Opera mydlana z prawdziwego zdarzenia. Tytuł to nazwisko rodziny,  o której opowiada serial, ale też suahilijskie słówko na pieniądze i bogactwo. Serial ma też podtytuł: połączeni przez krew, podzieleni przez pieniądze, więc wszystko jest w zasadzie jasne. Kiedy umiera pan Mali, głowa bogatej rodziny, zaczyna się walka o spadek. Serial emitowano w Kenii i Ugandzie w latach 2011-2012. 

Lies that Bind

źródło: www.spielworksmedia.com
Bardzo podobna historia do Mali z lokalnym smaczkiem. Bogaty pan Juma, któremu przyjdzie pożegnać się z tym światem, ma bowiem trzy żony i całkiem sporo dzieci. Serial wypuściła w 2011 roku stacja KTN, czyli pierwsza prywatna stacja telewizyjna w Kenii, która była bardzo popularna w latach dziewięćdziesiątych, a teraz przegrywa z rosnącymi w siłę konkurentami. Między innymi z powstałą w 2005 roku NTV, która to właśnie emitowała Mali


Co jeszcze ogląda się we Wschodniej Afryce?

Kenijskie i tanzańskie stacje telewizyjne nie różnią się aż tak bardzo od naszych. Każda szanująca się stacja ma swój program informacyjny i stara się o prawa do transmisji meczów Premier League, ale i tak największą oglądalnością cieszy się rozrywka. W ostatnich latach popularne były zwłaszcza reality shows, a niekwestionowanym rekordzistą pod względem oglądalności na całym kontynencie pozostaje Big Brother Africa. Brzmi znajomo? Program miał charakter ponadnarodowy, a mieszkańcy domu Wielkiego Brata pochodzi z różnych krajów Afryki. Sporą oglądalnością może się tech pochwalić kenijski reality show Tujuane (Poznajmy się), którego uczestnicy chodzą na randki w ciemno na oczach tysięcy widzów. Za lokalny koloryt pewnie można by uznać spory udział w czasie antenowym programów muzycznych. Są nawet takie poświęcone wyłącznie muzyce religijnej. Swoje programy mają też inne lubiane gatunki muzyczne, jak hip hop czy bongo flava. Ten ostatni gatunek chyba najlepiej przetłumaczyć jako hiphopolo, bo dużo w nim prostych śpiewanych refrenów, rapowanych wstawek i niskobudżetowych teledysków, a wokaliści nadużywają słowa mpenzi (suahilijski odpowiednik baby). Popularnym programem poświęconym gwiazdom i wydarzeniom muzycznym, ale też modzie i miejscom, w których warto bywać, jest Mashariki Mix (do obejrzenia tutaj) . Jednym z prowadzących jest w nim były uczestnik Big Brother Africa Nic Wang'ondu. No cóż, najwyraźniej robienie kariery przez reality show to też światowy trend. Ostatnim typem popularnych programów rozrywkowych, o których pewnie warto wspomnieć, są programy satyryczne. Najpopularniejsze to choćby prowadzony przez komika Daniela Ndambukiego Churchill Show czy The XYZ, w którym występują lalki-karykatury polityków.



Koniecznie zajrzyjcie też na inne blogi biorące udział w akcji. ;)


AUSTRIA
Viennese breakfast: Seriale kryminalne rodem z Austrii

CHINY
Biały Mały Tajfun: Chińskie seriale

FINLANDIA
Suomika: Ucz się języka fińskiego przez oglądanie seriali!

FRANCJA
Francuskie i inne notatki Niki: “Panie na Mogadorze” - pierwszy obejrzany serial francuski
Français mon amour: Francuskie seriale

GRUZJA
Gruzja okiem nieobiektywnym: Tiflisi-serial o Gruzinach dla Gruzinów

KIRGISTAN
O języku kirgiskim po polsku: Akademik, czyli blaski i cienie studenckiego życia w Biszkeku
Enesaj.pl: Wywiad z kirgiskim aktorem Nurbekiem Sawitachunowem

NIEMCY
Językowy Precel: Najlepsze niemieckie seriale

STANY ZJEDNOCZONE
Angielski C2: Sheldon i seks
Specyfika języka: Serial z idiomem: Gotowe na wszystko
Papuga z Ameryki: Język angielski dla każdego - Amerykańskie seriale godne polecenia

TURCJA
Turcja okiem nieobiektywnym: Fenomen tureckiego serialu

WŁOCHY
CiekawAOSTA: Pericolo verticale - serial o Alpejskim Pogotowiu Ratunkowym
Studia, parla, ama: Seriale, czyli prawdziwy ojciec Mateusz
Italia…Che meraviglia!: Top 5 włoskich seriali online

środa, 3 lutego 2016

Tłusty Czwartek po tanzańsku


Dziś mam dla Was przepis na jedną z najbardziej popularnych tanzańskich przekąsek. Pączki bananowe, czyli maandazi, są znacznie mniej słodkie od naszych, dlatego świetnie nadają się choćby na śniadanie. Zwykle można je kupić u ulicznych sprzedawców. 

Składniki:
225 g mąki 
100 g dojrzałych bananów
25 g brązowego cukru
1 łyżeczka drożdży instant
pół łyżeczki cynamonu
1 łyżka oleju, najlepiej z orzechów arachidowych, ale inny też się nada
ok. 65 ml ciepłej wody
+ olej do smażenia

Wykonanie
Mąkę wymieszać z cukrem, drożdżami i cynamonem. Banany rozgnieść z łyżką oleju. Całość połączyć, powoli dolewając wodę, aż powstanie miękkie i gładkie ciasto. Ciasto zostawić pod przykryciem w ciepłym miejscu na godzinę, żeby wyrosło. Ciasto podzielić na osiem równych części. Z każdej uformować kulkę i nieco ją spłaszczyć. Pozostawić porcje cista na kolejne 30 minut. Smażyć przez kilka minut w rozgrzanym oleju, aż pączki będą rumiane z każdej strony. 


* przepis pochodzi z książki Vegan taste of East Africa Lindy Majzlik.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Ulubiony tanzański deser


Styczniowa edycja akcji W 80 blogów dookoła świata zapowiada się tak słodko, jak jeszcze nigdy wcześniej. Tematem jest ulubiony deser z danego kraju. Ja mam dla Was przepis na korzenne ciasto rodem z Zanzibaru. Robiłam je już nie raz, ale niestety znika tak szybko, że nie zachowały mi się żadne zdjęcia.* 

Składniki:
300 g mąki
250 g brązowego cukru
300 g masła
150 ml mleka
4 jajka
350 g dojrzałych bananów
60 g deserowej czekolady
5 łyżek wody
2 łyżeczki miodu
2 łyżeczki kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 i pół łyżeczki cynamonu
20 goździków (najlepiej zmielonych, żeby nie trzeszczały między zębami)
pół łyżeczki startej gałki muszkatołowej
aromat waniliowy

Wykonanie:
Masło utrzyj z cukrem. Powoli dodawaj jajka, cały czas mieszając. Dodaj mąkę i proszek do pieczenia, dokładnie wymieszaj masę. Banany utrzyj z miodem, cynamonem, goździkami, gałką muszkatołową i aromatem waniliowym. Połącz banany z wcześniej wyrobioną masą, dolej tez mleko. Połowę ciasta przelej do wysmarowanej tłuszczem foremki. Kakao rozpuść z wodą i wlej do pozostałej części ciasta, dodaj pokruszoną czekoladę i delikatnie wymieszaj. Ciemną część ciasta wylej do foremki na jasną i delikatnie wymieszaj (tylko na tyle, żeby zrobiły się paski). Ciasto powinno się piec w 180 stopniach od 50 minut do godziny. 

źródło: www.seduniatravel.com

*edit: udało mi się znaleźć jedno!



Jeszcze głodny? Zajrzyj na inne blogi!



CHINY
Mały Biały Tajfun: Yunnańskie desery

FRANCJA
Français mon amour: Francuskie słodkości
Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim: Słodki paris brest
Madou en France: Crème brulée bez mleka

GRUZJA
Gruzja okiem nieobiektywnym: Orzechowe desery

HISZPANIA
Hiszpański na luzie: Przepis na pyszny i prosty hiszpański placek: coca de llanda z Walencji

IRLANDIA
W Krainie Deszczowców: Jakimi deserami zajadają się Irlandczycy

KIRGISTAN
Enesaj.pl: Czak-czak, czyli na słodko od Podlasia do Azji Środkowej

NIEMCY
Niemiecki po ludzku: Ulubiony deser
Językowy Precel: Niemieckie desery i ciasta

ROSJA
Blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim: Desery najbardziej popularne w Rosji

STANY ZJEDNOCZONE
Specyfika języka: Amerykańskie pączki z dziurką

TURCJA
Tur-Tur Blog: Mój ulubiony turecki deser
Turcja okiem nieobiektywnym: Kraina lodów

WIELKA BRYTANIA
Angielska Herbata: Słodka kwintesencja brytyjskiej sztuki kulinarnej

WŁOCHY
Studia, parla, ama: Słodko, coraz słodziej